Muzyki słucham, muzykę chwalę,
Muzykę rozumiem i słucham dalej,
Muzykę przyrody, muzykę ludzi,
muzykę ptaków, co dzień mnie budzi
muzyka słonka co rano wstaje by śpiewać dalej.
Myślę o Tobie i tylko o Tobie,
O tym co robisz, co piszesz.
O twych kłopotach, o Tobie samej,
i o duszy co w Tobie mieszka.
Myślę, czy Ty także o mnie myślisz,
Czy oczekujesz, na nasze spotkanie.
Chciałbym bardzo Byś myślała o mnie,
Bo kocham Cię bardzo, choć teraz Ci tego nie powiem.
Dlaczego odeszłaś,
dlaczego mnie zostawiłaś.
Czemu Cię nie ma,
gdy zamykam oczy.
Widzę tylko Ciebie,
w snach i na pościeli.
Dlaczego to tak boli,
gdy Cię nie ma.
Czy jest coś między nami,
czy to mało czy dużo,
Czy jest coś w nas co przyciąga.
co każe mi Cię kochać,
co każe słuchać i martwić się gdy płaczesz.
Jak to zrozumieć mam najdroższa,
pomóż mi, pokaż, znajdź odpowiedź.
Nie mam odwagi podejść poprosić o radę,
czy to znaczy że nie wiem co czuję.
Nie rozumiem nie potrafię,
naucz mnie kochać, bo zdaje mi się,
że się już kończy moja wiara w miłość,
nie spełniona tak często,
prawdę mówiąc zawsze.
Może kiedyś znów natknę się na Ciebie,
i opowiem Ci jak było,
może spotkamy się na ulicy,
za wieków parę, jesiennych lat,
może wtedy dojrzałość nasza,
pomoże wyjść nam na jasny świat,
a może już nigdy Cię nie spotkam,
może zgubię gdzieś w pamięci Twą twarz,
bo takie jest życie i taka to pora,
nie zima jeszcze, a do wiosny daleko.
Morze bezkresne, błękitne,
na tym morzu statek z białym żaglem,
kto jest żeglarzem, Ty oczywiście,
a czym jest morze, po prostu życiem.
Czasem kapryśne, burzliwe, wietrzne,
tak jak morze pełne łez,
lecz czasem pogodne, słoneczne,
jak chwile życia, gdy jesteś szczęśliwy.
Każdy ma swoją różę,
tak jak Mały Książe,
i tak jak Ta jego,
wszystkie mają kolce.
Więc czyż każdy z nas
nie jest księciem,
który zapomniał,
i kaleczy się zawzięcie.
(V Pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny)
Na rynku stałeś przed Katedrą,
mieszkałeś przy Kanoniczej,
studiowałeś teologię, a miałeś być polonistą.
Matkę Bożą pokochałeś,
jak robotnik miałeś pracę,
choć wszyscy się dziwili,
bo miałeś ręce gładkie.
Czasu nigdy dla siebie nie miałeś,
każdy był ważniejszy.
Wśród młodzieży żyłeś,
i jak oni śmiałeś się,
Jako biskup błogosławiłeś wszystkim,
a gdy papieżem zostałeś nigdy nas nie opuściłeś,
bo masz serce wielkie.
Powiedz Ojcze Święty,
choć tyle razy to mówiłeś,
i naucz nas być odbiciem,
wielkiej miłości Boga,
która daje wszystko i jak Ty jest dla wszystkich.
Wszystko się zmienia
i ja się zmieniam,
czasem jestem biały,
lub czarny,
a kiedy indziej cały szary,
by wtopić się w tłum.
Czasem mam chandrę,
i złość mnie unosi,
a czasem mi smutno
i użalam się nad sobą.
Bardzo rzadko jest mi wstyd,
a w tedy zamykam się w swoim domu.
Popatrz, gwiazda błyszczy !
Jeszcze jedna, ich miliony,
księżyc rogal na granicie,
blask odbity w tarczy twojego zegarka.
Popatrz tam, jedna spada !
Z jękiem ginie śmiercią straszną.
Ona się spala i ja się spalam,
ona na nic, ja z miłości.
Złocista kopuła, dalej zamek,
król tu chadzał kiedyś,
teraz spacerują ludzie.
Złote komnaty pełne przepychu,
dwór tam urzędował,
my podziwiamy dzisiaj.
Dziedziniec przestronny,
jeszcze dawnych kopyt klekot słychać,
lecz to tylko nasze buty dudnią w wieczornej ciszy.
Kiedy myślisz że jest źle i gorzej być nie może,
Spójrz na psa przy budzie jak szczeka na drogę.
Gdy czegoś szukasz i szukanie Cię nuży,
Spójrz na gołębia na rynku w Krakowie,
a wtedy zrozumiesz.
Życie to szukanie, a rzecz to niełatwa,
więc gdy sensu szukasz, wiedz że nie na darmo.
Jadę pociągiem, jadę w dal,
mijam miasta, wsie, pociągi.
Jadę daleko przez obcy kraj,
zobaczyć świata kawałek.
Byłem już tam i tu jestem.
Zobaczyłem wiele, wielu poznałem,
wydaje mi się że już nie ma nic więcej,
ale jest coś co jest nie poznane.
A co to jest ?
To ja i Ty, nasza przyjaźń, nasze rozstania,
moja potrzeba kochania Ciebie,
i Twoja miłość, do mnie,
zwykłego człowieka.
Biały obłoczku,
dokąd płyniesz,
cichutko, wolniutko,
jak ci na imię.
Dlaczego uciekasz,
czy ktoś cię ściga,
wiatr cię pogania,
zaczekaj, odpływasz.
Nie płacz, bo chociaż łzy,
perłami serca są,
to zbyt wiele ich,
jeszcze nikomu szczęścia nie dały.
Więc uśmiechnij się,
bo uśmiech wartości nie ma,
jest bezcenny i tylko on,
każdemu szczęście dać może.
Więc śmiej się aż do bólu,
i kochaj nim każdy dzień,
a gdy ktoś Cię spyta - dlaczego ?,
to powiedz mu -
bo ktoś mi tak powiedział ...
Właściwie Cię nie znam,
więc dlaczego do Ciebie tęsknię.
Właściwie nie wiem jak wyglądasz,
chyba jesteś blondynką.
Znam Twoje pismo,
wiem gdzie mieszkasz
(mam Twój adres na kartce)
Dlaczego pragnę Cię spotkać,
czy zakochać się jest aż tak łatwo ?
No cóż, pozostaje mi twoje zdjęcie.
(Mojej najukochanszej Ani)
Co z tego że jesteśmy rożni, albo że tacy podobni!
Przecież się kochamy i to nas łączy, czasem dzieli,
ale zawsze możemy wrócić do początku, żeby powiedzieć sobie dobranoc!
Co z tego ze jesteśmy daleko, jak i tak czasem jesteśmy dalej,
ale mimo tego ze się oddalamy, to wracając jesteśmy tak blisko ze
zwykle drogi są nieważne
A co z tego ze Cię kocham?
Z tego to wszystko, co powyżej i dużo więcej,
po prostu szczęście, szczęście TY moje!
Mgła gęsta, nieprzenikniona,
snuje się po świecie,
Mgła zwykła, szaro biała, taka zimowa zimna.
Ta mgła spowija wszystko,
ludzi, zwierzęta, moje serce,
Chce zgasić, zamrozić wszystko,
Taka jest ta mgła...
Więc siedzę w domu, wieczór już blisko.
Zgubiłem mą myśl,
Gdzieś w nocy przepadła,
Gdzieś leży i płacze,
I szuka swojego pana.
Zgubiłem me uczucie,
i szukam go wśród nocy,
Może ta myśl mi pomoże,
bo z niego wyrosła.
Jest wieczór, zimowy
słońce dziś wcześnie zaszło,
anioły już dawno śpią,
za kilka dni wigilia.
Księżyc dziś nie wyszedł
za zimno nawet dla niego,
lecz ja chodzę i myślę,
bo obawiam się co przyniesie,
nowy rok.
Kolejny stopień, kolejna myśl,
schody w dół i do góry i żadnego półpiętra!
Czemu nie widzę sensu, czemu nie mam już siły?!
Czemu nie ma mety! Tylko te schody!
Czemu chce mi się skoczyć, zbiec po schodach,
na sam dół do początku... ale się nie da!
A ja nie mam siły już iść...
chcę umrzeć tu na tym zimnym stopniu,... w samotności.
W strudze deszczu słyszałem Twój głos...
W szumie wiatru i ciszy miasta.
Widziałem Ciebie w mroku...
W świetle lamp i gwiazd.
Czułem Twój zapach w jesiennych liściach...
W ziemi, w śnie tego miejsca.
Czułem Twój smak, w swoim oddechu...
Słodki jak łzy płynące z oczu.
Jaki będzie ten rok?
Dziś widzę tylko białą kartę!
Nie mam nic, nie mam nikogo,
nie jestem wiele wart.
Więc jaki będzie ten rok?!
Marzę że w końcu trafię w dziesiątkę,
zacznę znów żyć.
Może będę miał na to siłę
i może będę miał dla kogo!
Próbowałem dziś ze sobą skończyć,
ale mi się nie udało,
więc chyba mam nadzieję!
Po jesieni przyszła zima,
ale z zimą ktoś jeszcze...
Tak mały, że przez nikogo nie zauważony,
ze zmarzniętym nosem i szronem na głowie,
chodzi od domu do domu zagląda w okna,
puka do drzwi, ale czy ktoś mu otworzy?
Widzi ludzi, radosnych roześmianych, przy choince, na kolanach dzieci,
tez chciałby żeby go ktoś przytulił, bo przecież tez jest małym chłopcem.
Widzi smakołyki, których nie zna, słyszy tyle języków ze aż nie rozumie,
choć to, co wystarczy mu powiedzieć, to wejdź proszę i usiądź jak w domu, a to przecież brzmi
tak samo w każdym języku...
I tak chodzi od domu do domu... przez wieki... a szczęśliwi będą Ci, którzy go wpuścili,
bo choć jeszcze tego nie wiedza... większego szczęścia w progi wpuścić nie mogli.
Tak mało w nas metafizyki,
a przecież dzięki niej
łatwiej widzieć tak wiele.
Nie myślę o Arystotelesie
i jego filozofii pierwszej,
Ale o uśmiechu, geście,
i tym kontekście, w którym
małe staje się wielkie,
a wielkie przychodzi,
aby siebie objawić.
Krzyż już dawno obalono,
jeszcze wtedy, gdy twarz skazańca, nie zbladła,
połamano i wdeptano w ziemie,
by zapomnieć... o własnym uczynku.
Dziś już nie wielu o nim pamięta,
posadzili tam Drzewo,
by symbol śmierci dawał życie,
by ofiara przyniosła owoce,
aby każdy mógł usiąść i słuchać prawdy,
w ciszy i szumie liści...
Przychodzą tam wszyscy,
ci mali, którzy żniwo zbierają,
więksi by tylko zobaczyć,
niektórzy po spokój,
a inni po to by krzyczeć i swym słowem,
jak nożem ranić korę Drzewa by je obalić.
Tak wiele pięknych kwiatów w tym ogrodzie,
choć teraz jeszcze jest tu zima,
więc wszystkie opatulone pod derką,
sluchają, czy już idzie wiosna.
Czasem jak ogrodnik przechodzę sie alejką,
słucham ciszy i szeptu kwiatu,
opowiada mi swoje myśli,
zasłuchany w moje zasypia...
Zbudz się wreszcie,
wiosna za bramą,
tam gdzieś czeka na Ciebie szczęście,
ogrodnik, który z pośród całego ogrodu,
szuka właśnie Ciebie...
Jestem zawsze przy Tobie,
wtedy, gdy za oknem pada śnieg,
dzieli mnie od Ciebie tylko kilka ciepłych oddechów,
ośnieżone buty, szalik, czapka, kurtka i nic więcej...
Piszę coś niezgrabnie - ręce mam zmarznięte - palcem na śniegu,
sercem biegnę do Ciebie - zawsze wracam - jestem, przecież mówiłem... Różyczko...
Odszedłeś,
najpierw pożegnał Cię Kraków,
nagle, niespodziewanie,
na wiele lat...
Bóg dał Ci mądrość,
mądrość prawdziwą,
Ewangeliczną, tą która rodzi pojednanie,
światu pokój i nadzieję.
Uczyłeś nas, wysoko wśród skal i ciszy, w mieście,
na mazurach cichym wieczorem...
Uczyłeś nas pokory, umiejętności słowa "przepraszam"...
Nie wiele nam zostawiłeś - pamiątki po sobie,
ale więcej niż każdy z nas zostawić może,
gdy echo przeminie, w ciszy Twojej uczelni,
na ulicach, w Krakowie, w sercu nad studium Miłości...,
zabrzmi znów "Habemus Papam" - dla Twojego ucznia,
habemus papam in aeternum...
|
Wiersze opublikowanie na tej stronie są chronione prawem autorskim! Kopiowanie, oraz powielanie ich dozwolnie jest tylko za pisemną zgodą autora !!! Copyright © 1998-2005 by Marek A. Kostur |